Dusza, elfy i guziczki w windzie do nieba.

Wiele tekstów na tym blogu to mój debiut swobodnego mówienia o metodzie, którą pracuję. Długo zbierałam się do mówienia o tym „swobodnie”, „wprost” i „bez owijania w bawełnę” wcale nie dlatego, że metoda jest dziwna. I nawet nie dlatego, że dziwi innych. Największym problemem było to, że mój rozum przez dłuższy czas nie był w stanie jej pojąć i przyjąć jako oswojoną.

Ale najwyraźniej do wszystkiego można się przyzwyczaić, bo dziś spokojnie i na luzie mogę o sobie powiedzieć do mojego warsztatowicza: tak, otwieram portale do wyższych stanów świadomości, proszę sobie teraz wygodnie usiąść, zaraz zobaczy Pan w wyższym wymiarze krasnoludka i jednorożca, a w jeszcze wyższym swoją duszę i swoich aniołów. Czy będzie Pan mógł z krasnoludkiem porozmawiać? Tak, jak najbardziej. Dotknąć grzywy jednorożca? Oczywiście, ale tylko pod warunkiem, że jednorożec też będzie miał na to ochotę, ale na szczęście na ogół mają.

Otwieranie portalu i pracę z wyższymi wymiarami nazwałam Technologią Wielowymiarową, bo jest to konkretne know-how zarządzania sobą.

Jestem typowym Kartezjańczykiem. Lubię się czuć bezpiecznie w tym co myślę i trzymać środka peletonu. A poczucie bezpieczeństwa mam wtedy, kiedy trzymam się rejonów o których mówili mi mama, tata i pani w szkole.

Dlatego za ironię losu poczytuję sobie fakt, że umiem otwierać portale do wyższych wymiarów, ponieważ nikt mi o tych portalach w szkole nie wspominał. Od dnia, w którym po raz pierwszy stanęłam oko w oko ze światami w głębi nas, miałam duży kłopot, czy postawić na to, co powszechnie przyjęte, czy na to, o czym wiem... Wypaść ze środka grupy, narazić się cioci Zosi i znosić komentarze o fruwaniu na miotle? Czy wręcz przeciwnie, zająć się życiem w 3D i zapomnieć o gwiazdach, rajskich krajobrazach i spektakularnych możliwościach ludzkiej świadomości?

Decyzję podejmowałam dwa i pół roku. Postawiłam na odwagę i wielowymiary, chociaż wcale nie po to, by głosić o istnieniu wieczystej świadomości. Nie, mój kartezjański umysł znalazł upodobanie nie tym, że „druga strona” naprawdę istnieje, ale w spektakularnych możliwościach tego faktu. 

Bo wyższe wymiary to po prostu sklep z marzeniami.

Można tam „ponaprawiać” ogromną ilość rzeczy, które w naszym życiu szwankują. Nie dlatego, że tam poprzestawiamy świat, ale dlatego, że można tam bardzo efektywnie zmienić siebie. A wtedy zmienia się świat wokół.

O wyższych wymiarach nasza kultura i mówi nie mówi jednocześnie. Każdy zna rzeczownik „dusza”, ale co to właściwie jest i jak z tego skorzystać, to już nieznany świat. Owiany tajemnicą, rytuałami, ceremoniami, wtajemniczonymi mistrzami i ogólną niedostępnością. Z powodu tej nieznaności i nieprzystępności jest to świat groźny i nieobliczalny. W dodatku prawdopodobnie go nie ma...

A gdyby się okazało, że zaświaty to po prostu kawałek każdego z nas? Że to potencjał naszej duszy, czyli świetlistej części mnie. Nasz wewnętrzny świat, który wprawdzie rządzi się swoimi prawami, ale istnieje obiektywnie, w dodatku każdy może tam wejść i wyjść bez specjalnych ceregieli.

Pracowałam z kilkoma setkami osób, które tam były, wszystkie na bieżąco opowiadały mi co widzą, słyszą i czują i wszystkie złożyły takie same raporty.

I uwaga, uwaga! Istnienie wyższych wymiarów może sobie każdy sprawdzić na własne oczy. Nie jest tak, że JA tam idę i przynoszę dobrą nowinę słuchaczom. Kiedy mówię, że potrafię otworzyć portal do wyższych wymiarów, to oznacza, że każdy może tam wejść, zobaczyć co trzeba, nadziwić się i po załatwieniu wszystkich swoich spraw spokojnie wrócić uwagą do „tu i teraz” na planecie Ziemia. Można to zrobić bez hipnozy, ayahuaski, czy peruwiańskiego szamana. No chyba, że uznamy, że to ja jestem tym peruwiańskim szamanem, bo jednak przewodnik, czyli ja, jest.

Tym sposobem doszliśmy do krasnala i elfów. Wyższe wymiary mają swój porządek i strukturę. Najpierw wyższe wymiary ziemskie, a potem już kosmos. Granat z gwiazdami i istotami światła. Strukturę wyższych wymiarów przedstawię w kolejnych wpisach, ale dziś chcę tylko powiedzieć wszystkim dzieciom w dorosłych, że krasnoludki rzeczywiście istnieją.

Jednym z wyższych wymiarów, bardzo bliskim naszemu 3D, jest świat baśni. Wchodzimy tam, a tu las, piękne słońce, kolorowe kwiaty i wśród wielu innych mieszkańców tego świata są też i krasnale. Widać ich, słychać, można sobie z nimi uciąć pogawędkę. Ten sam wymiar zamieszkują elfy.

W jednej z książek Michael’a Newton’a znalazłam opis kobiety, Amerykanki, która twierdziła, że w jej ogródku mieszkają elfy. Sąsiedzi uważali ją oczywiście za wariatkę, bo w amerykańskich szkołach też nie uczą o wielowymiarach. Elfy nie tylko zagnieździły się w ogródku owej pani, ale również podpowiadały jej jak uprawiać warzywa i owoce. I zgadnijcie co? Plony miała imponujące. Wtedy sąsiedzi złagodzili swoje zdanie na temat elfów (bo też chcieli większe dynie), a panią przebadano na okoliczność zdolności jej mózgu. Wykresy pokazały, że pewien fragment jej mózgu pracuje z dużo większą intensywnością niż u innych osób.

Nie wiem jak na stałe podkręcić swój i inne mózgi, ale wiem jak na dłuższą chwilę osiągnąć takie wibracje, żeby świat baśni był dostępny naszej świadomości.

I na końcu o windzie.

Podróże w wyższych wymiarach są jak jazda windą w górę. Czasem szybciej, czasem wolniej. Ale żeby w ogóle móc wyruszyć, trzeba zauważyć, że istnieją w nas wyższe piętra i że każdy z nas ma w sobie windę z dużą ilością guziczków. Stąd aż do nieba. Dosłownie.

 

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających!